Deklaracje marketingowe kosmetyków – bez SLES

Informacje zawarte na kuszących, kolorowych etykietach opakowań są siłą nabywczą produktów kosmetycznych. Część konsumentów w ogóle nie zwraca uwagi na skład INCI kosmetyków (mam nadzieję, że nie należycie do tej grupy). Liczą oni natomiast na cudowne właściwości zawarte w opisie produktu.

Jak to jest z tymi oświadczeniami? Jakie informacje mogą zostać zawarte, a czego nie powinniśmy znaleźć? Czego nie wolno producentom umieszczać, a czym chcą się pochwalić?

Oświadczenia bez, nie zawiera, wolny od…

Od lipca zaczął obowiązywać dokument techniczny dot. oświadczeń, który jest dokumentem uzupełniającym rozporządzenie (UE) nr 655/2013 (link do treści tutaj). W teorii ma ułatwiać stosowanie treści na etykietach kosmetyków. Cała treść ma raczej wydźwięk informacyjny, a dokument nie ma mocy prawnej, jednak „mali” producenci kosmetyków naturalnych zaczęli nieco obawiać się konsekwencji niestosowania się do dokumentu.

W dokumencie dużo przeczytamy o tym, czego nie należy umieszczać na etykiecie. Rozsądne wydaje się, że nie powinno się stosować oświadczeń, że produkt nie zawiera substancji, które są zakazane w kosmetykach np. produkt nie zawiera toluenu. Znajdziemy również ograniczenia, które informują o nie zawieraniu substancji, powszechnych w kosmetykach np. parabenów czy SLSu. Według osób formułujących treść dokumentu, takie oświadczenia stawiają inne produkty zawierające te składniki w niekorzystnym świetle. Z drugiej strony dokument zezwala na poinformowanie konsumenta, o nie zawieraniu jakiegoś składnika, w celu ułatwienia podjęcia decyzji przez konsumentów. W mojej opinii informowanie o braku SLSu w szamponie ułatwi osobom wrażliwym na ten składnik uniknięcie go. Jednak czy nie można by tego zastosować do wszystkich substancji? Więcej informacji na etykiecie, to lepsze poinformowanie konsumenta. Ważne żeby te informacje były zgodne z prawdą, a może ktoś kto pisał treść dokumentu nie miał na celu zwiększenia świadomości konsumentów, co o tym sądzie?

Bo czy nie jest tak, że małe firmy przejmą się dopasowywaniem do ustaw, a dużej nikt nie ruszy? Kara za deklaracje i tak jest stosunkowo niska, ponieważ kto udostępnia na rynku produkt kosmetyczny bez spełnienia wymogów związanych z oświadczeniami o produkcie podlega karze pieniężnej w wysokości do 20 000 zł. Dla przykładu produkcja bez spełnienia GMP (Dobra Praktyka Produkcji) to kwota do 100 000zł. Pełna treść ustawy tutaj.

Prawdziwość oświadczeń

Jeśli na etykiecie jest grafika jakiegoś składnika lub wzmianka, że produkt go zawiera, to produkt musi zawierać ten składnik, a nie tylko jego zapach. Np. Jeśli mamy widoczną grafikę miodu, to produkt musi zawierać miód, a nie tylko aromat miodu. Osobiście uważam, że składnik powinien przekroczyć pewne stężenie, które faktycznie wywołają realne działanie, aby móc pochwalić się składnikiem na opakowaniu.

Składniki w wykazie są umieszczone malejąco do 1%. Poniżej 1% może ułożyć je w dowolnej kolejności. A wiec w istocie on tam jest, ale jego wartość może sięgać 0,001%. Łatwo się domyśleć ile takich składników aktywnych będzie w tzw. drogeryjnych kosmetykach. Chociaż cena nie zawsze oznacza jakość produktu.

Odwrotnym przykładem nieprawidłowości oświadczeń będą deklaracje, że produkt czegoś nie zawiera np. deklaracja nie zawiera konserwantów, mimo, że kosmetyk zawiera składnik wykazujący działanie konserwujące. Pewna marka, której twarzą jest znana celebrytka ze świata fitnessu, zapewniała swoich klientów, że ich dezodoranty nie zawierają aluminium. Jednak po analizie składu INCI można było wyczytać, że produkty tej marki zawierają sole aluminium. A więc informacje przekazywane konsumentom nie były prawdziwe.

To co można bez problemu umieścić na produkcie, to hiperbole, wyraźne przesadzenia i przenośnie np. ,,twoja twarz będzie promienieć jakby pocałował Cię jednorożec”. Tutaj przypominam hasło reklamowe znanego energetyka „doda Ci skrzydeł”, które idealnie wpisuje się w zapis w dokumencie.

Jak znacie autora to chętnie podpiszę 😉

A więc, nie można napisać, że produkt zawiera nawilżający aloes, jeśli kosmetyk nie ma takiego działania (nie jest udowodnione badaniami), ale można wymyślać cuda na kiju. Producentom radzę więc zainwestować w dobre badania aplikacyjne..

Śmiesznym pomysłem wydało mi się umieszczenie napisu ” Twoja skóra odmłodzi się do wyglądu młodej elfki” wiadomo ze się nie odmłodzi, z tego co się orientuję elfów raczej nie widujemy, a więc nie można oczekiwać, że faktycznie będziemy przypominać elfa. Ha! Dodatkowo elfki przecież żyją po kilka tysięcy lat! A wiec hiperbola jest widoczna. 😀

Dlaczego mamy mało oświadczeń o nietestowaniu na zwierzętach?

W UE od 2013 roku nie wolno wprowadzać do obrotu kosmetyków testowanych na zwierzętach. Umieszczanie takiej informacji w sumie już będzie sugerowało, że inne kosmetyki na rynku UE są testowane, a to pokrywa się ze stawianiem innych firm w niekorzystnym świetle. Można jednak umieścić taką informację, gdy producent i jego dostawcy nie wykonywali ani nie zlecali wykonania testów na zwierzętach gotowego produktu kosmetycznego, prototypu, ani żadnego z jego składników, a także gdy nie zawiera on składników testowanych przez innych producentów na zwierzętach w celu wytworzenia nowych produktów kosmetycznych. Czyli właściwie prawie nigdy…

przykładowy piktogram

Czemu w takim razie znajdujemy błędne oświadczenia na produktach?

Proste! Nikt tego nie weryfikuje. Sanepid nie będzie raczej kontrolował prawdziwości deklaracji. Za oświadczenia odpowiedzialny jest producent, często nie mając potwierdzenia w badaniach nad produktem, czy składnikami, które opisuje na etykiecie. Polecam więc traktować deklaracje marketingowe z przymrużeniem oka, a większą uwagę przywiązywać do analizy składu INCI.

Zapraszam Cię również TUTAJ, do zapoznania się z wpisem o kosmetykach, których boję się używać.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
%d bloggers like this: